Najnowsze komentarze
 
2011-05-31 09:55
pożyczki pozabankowe bez BIK do wpisu:
Mentalnośc Polaka antyreformisty...
Dlatego że radykalne działania są niepopularne wśród mas, ponieważ przez pewien czas trzeba[...]
 
2011-05-21 12:37
lokaty. do wpisu:
Metoda DCF- jej mankamenty, czyli zachęta do samokształcenia
Zgadza się, DCF jest najbardziej rzaetelną metoda wyceny.
 
2011-03-27 15:22
kredyt. do wpisu:
Czas na Partnerstwo Publiczno - Prywatne
Dopóty istnieje zagrożenie oszołomami w polityce, dopóki trudno będzie namówić przedsiębiorców[...]


O mnie
 
Ekonomista. Pasjonat rynków finansowych i obserwator zdarzeń gospodarczych. Członek Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych.


Kategorie Bloga
 
Ogólne
 




Archiwum Bloga

Rynki zdarzenia pieniądze

Paweł Baranowski

2011-08-06 09:54
 Oceń wpis
   

 

Obniżka ratingu USA stała się faktem. Agencja ratingowa po raz kolejny kreuje obraz rynków finansowych. Pożywka dla paniki i spekulacji została podana do stołu. Teoretycznie efektywny rynek finansowy powinien antycypować tego typu wydarzenie, o którym dyskutowano                  od dłuższego czasu. Jednak górę bierze psychologia rynku.

Mamy do czynienia z wyraźnym stopniowanie złych informacji na rynku. Najpierw niepokój podsycany był przez niemożność uchwalenia przez amerykańskich polityków zwiększenia progu zadłużenia. Dość ustabilizowany rynek „upuścił parę” i wyzwolił spiralę paniki i strachu. Gdy wszyscy upatrywali już dołka, sytuacja znowu staje się zaogniona.

Agencje ratingowe, czyli twory powołane do życia w celu oceny zdolności kredytowej poszczególnych gospodarek i większych podmiotów gospodarczych wyraźnie kreują obraz rynku – abstrahując od obiektywnej oceny sytuacji i właściwego time'ingu ich podawania.

Runek coraz częściej rządzi się emocjami podawanymi we właściwych porcjach. Sytuacja finansów USA jest doskonale znana każdemu analitykowi, ba nawet każdemu średnio zaawansowanemu inwestorowi. Kluczem do kreowania rynku pod interesy wielkich instytucji finansowych jak np. fundusze headgingowe, jest stwierdzenie ex post faktu, ubranie go w szaty nowości i skuteczne podanie do wiadomości.

Cel wielkich spekulantów zostanie osiągnięty. Frank jako bezpieczne aktywa zareaguje w znany sposób. Tylko Bank Centralny Szwajcarii przyprawiony zostanie o kolejny ból głowy. Jak osłabić krajową walutę? Interwencje na rynku walutowym sposobem na osiągnięcie tego celu...? Intraday'owo tak. W dłuższej perspektywie Bank Centralny skazany jest na porażkę w walce          z olbrzymim kapitałem spekulacyjnym. Względny spokój na franku przyniesie dopiero zamknięcie krótkich pozycji przez wielkich graczy. A tego kiedy się spodziewać...? Któż to wie!



2011-03-23 13:18
 Oceń wpis
   

 

Przykład „publicznych” zakupów w warzywniaku dokonanych przez jednego z czołowych polskich polityków każe zastanowić się nad miejscem jakie zajmuje ekonomia w hierarchii ważności nauk w umysłach elity politycznej. Co najmniej zatrważający jest fakt podejmowania ciągłego omamiania iluzorycznymi wizjami dobrobytu, coraz lepiej wykształconego społeczeństwa, które staje się mniej podatne na polityczną demagogię. Uogólniając należny stwierdzić, iż nadal wizja władzy góruje nad wizją pracy u podstaw w obszarze polskich finansów publicznych. Niniejszy wpis nie jest skierowany bezpośrednio do konkretnej osoby, ale do ogółu „świecznika politycznego”. Nie da się też abstrahować, od demagogii ekonomicznej, którą usłyszał cały kraj.

Staram się zrozumieć to jak długo można odwoływać się do przyczyn sytuacji gospodarczych, jako do tak zwanych „ich, tudzież onych”, którzy to winni są istnieniu każdego negatywnego zjawiska gospodarczego. Implikacje, czynów ekipy rządzącej wytykane od zarania dziejów przez każdą partię opozycyjną zakrawają o cynizm w obliczu postępującej degradacji sektora finansów publicznych. W miarę wykształcony człowiek, posiadający podstawową wiedzę na temat funkcjonowania gospodarki rynkowej, po usłyszeniu takiej retoryki popadnie w śmiech
i zadziwienie. Bo jakiż wpływ może wywrzeć partia rządząca, na falę drożejącej żywności w skali globalnej? Czynników mających realny wpływ na koszt chleba czy kurczaka jest bardzo dużo, zaś praktycznie każdy leży poza obszarem oddziaływania jakiegokolwiek instrumentu pozostającego
w rękach Rady Ministrów. Czy na poziomie politycznej dyskusji zapomniano o drożejących kosztach produkcji, o prawie popytu i podaży, przy ciągle zmniejszających się obszarach upraw wypieranych przez zasiew np. roślin energetycznych, czy zapomniano o stale rosnącej liczbie ludności? Oczywiście pojawią się zapewne liczne głosy propagujące zmniejszenie akcyzy
na paliwo lub wprowadzenie niejakiego „dodatku drożyźnianego”. Tylko w tym momencie lobbującym na rzecz takich rozwiązań zadać należy pytanie: skąd wziąć na to środki finansowe, gdy sytuacja gospodarcza wymaga ustabilizowania zadłużenia na poziomie centralnym jak
i samorządowym.

Nie będę się dużej rozpisywał nad oczywistą oczywistością, tylko zapytam gdzie są granice zdrowego rozsądku polskiej polityki? Jak długo można forsować rozwiązania gospodarcze
i wmawiać pospolitemu Kowalskiemu, że wyjdzie mu to na korzyść? Nie budujmy potęgi polskiej gospodarki na bazie rozdawnictwa państwa opiekuńczego i kreatywnej księgowości w sprawie funduszy emerytalnych. Zacznijmy pracować nad tworzeniem przyjaznych ram rozwoju konkurencyjności polskich przedsiębiorstw. Wspierajmy działania na rzecz wzrostu wydatków
w obszarze badań i rozwoju. To tutaj poszukajmy możliwości stworzenia ulg podatkowych przedsiębiorcom gotowym ponieść takowe nakłady. Uprośćmy otoczenie prawne, wspomóżmy rozwój uczelni technicznych i ekonomicznych. Oczywiście są to moje, bardzo ogólne postulaty, jednak obiektywnie stwierdzę, że prowadzenie konstruktywnej, ogólnopolskiej dyskusji gospodarczej, opartej na merytorycznych przesłankach przyniesie więcej korzyści niż kreatywne księgowanie czy polityczno – marketingowe zakupy w warzywniaku za rogiem. Parafrazując powiem wprost „do roboty”!



2011-02-07 09:35
 Oceń wpis
   

 

Kryzys mający miejsce od końca 2008 roku zadziałał niczym papierek lakmusowy, obnażając słabości i ukazując stopień jednorodności struktur gospodarczych Eurolandu. Wielokrotnie poruszałem już problem realnej konwergencji obszaru walutowego z perspektywy teorii optymalnych obszarów walutowych. Piętnowałem stawianie konwergencji nominalnej
w obecnym brzmieniu i wykonawstwie nad konwergencją gospodarczą , jak również wskazywałem konieczność przeprowadzania zmian w finansach publicznych. Marionetkowy Pakt
o Stabilizacji i Wzroście, zebrał swoje żniwo w niespotykanych dotąd poziomach zadłużenia finansów publicznych w stosunku do produktu krajowego brutto poszczególnych państw europejskich.

Gdyby w strukturach Unii Europejskiej respektowano założenia Paktu o Stabilizacji
i Wzroście z pewnością problem nadmiernego zadłużenia nie występowałby w tak silnym natężeniu jak obecnie. Konsekwencje obecnego stanu rzeczy są nade wszystko dobrze dostrzegalne empirycznie. Wzrost rentowności obligacji wierzycieli takich jak Portugalia czy Grecja względem niemieckich bondów osiągał historyczne szczyty. Wniosek – dekonwergecja w obszarze zbieżności stóp procentowych obszaru walutowego a tym samym impuls wzmagający działanie kapitału spekulacyjnego implikującego wahania kursu waluty Euro.

Stabilizujące działanie polityki fiskalnej w obliczu członkostwa w unii walutowej, tak dokładnie opisane przez Roberta Mundella, nie zadziałało w wymagany teoretycznie sposób. Rosnący poziom zadłużenia, uniemożliwił zastosowanie interwencjonizmu fiskalnego we właściwy sposób. Konsekwencją tego jest wzmożone obciążenie długiem każdego obywatela kraju członkowskiego, przede wszystkim uwidaczniające się w niespotykanych dotąd cięciach wydatków publicznych. W tym przypadku polityka fiskalna działa niczym miecz obusieczny. Wniosek – brak stabilizatora sytuacji gospodarczej w postaci właściwie prowadzonej polityki fiskalnej
to postępująca dekonwergecja obszaru walutowego.

Co wydaje się paradoksalne, mijający już (na co wskazuje wiele sygnałów płynących
z gospodarki) kryzys niesie za sobą również pozytywne skutki, przejawiające się w racjonalnych działaniach rządzących odpowiedzialnych za funkcjonowanie gospodarek krajów członkowskich. Godne uwagi są przedsięwzięte kroki mające na celu podniesienie wieku przechodzenia
na emeryturę. Jest to czynnik odciążający krajowy system finansowy a także, a może powinienem powiedzieć przede wszystkim wpływający pobudzająco na tworzenie produktu krajowego brutto. Przecież wszyscy jesteśmy tego świadomi, że im więcej pracujemy tym bardziej jesteśmy majętni. Przynajmniej mam taką nadzieje, że jesteśmy tego świadomi.

Wnioski – kryzys w idealny sposób uwidocznił słabości strefy euro i faktyczny stopień konwergencji gospodarczej i nominalnej. Dostrzegalne są różnice w stopniu natężenia kryzysu gospodarczego i fiskalnego w rożnych krajach Eurolandu i strefy euro. Teoria w tym miejscu wskazać każe, iż to brak realnej konwergencji wpłyną na tak znaczne zróżnicowanie dynamiki poszczególnych indykatorów gospodarczych w konkretnych krajach.

Nadzieją jest to, że teoria optymalnych obszarów walutowych Roberta Mundella będzie stosowana w praktyce w coraz większym stopniu.



2010-12-05 12:02
 Oceń wpis
   

 

Po wstąpieniu Polski do struktur Unii Europejskiej zauważalny był wzrost inwestycji sektora prywatnego jak również publicznego. Większość realizowanych przez sektor publiczny projektów nosi znamiona finansowania w znacznej części z funduszy unijnych. Wiele samorządów przeżywa od 2004 roku swoisty boom inwestycyjny, stając się jednym wielkim placem budowy. Realizowane, nowe projekty inwestycyjne dotyczą wielu obszarów gospodarki i mają większy bądź mniejszy wpływ na życie każdego z nas.

Jeżeli założymy, że główną przyczyna rozwoju inwestycji w sektor publiczny w naszym kraju jest możliwość uzyskania tzw. dotacji do realizowanego przedsięwzięcia (abstrahując od kłopotów związanych ze skutecznym i efektywnym wykorzystaniem środków unijnych), zastanówmy się jak wyglądać będą owe inwestycje w następnym okresie programowania obejmującym lata po roku 2013. Czy należy się spodziewać ilościowo tak dużych środków przyznanych naszej gospodarce jak na lata 2007-2013? Odpowiedź brzmi „nie”. Obserwując kłopoty finansowe dotykające kolejnych gospodarek Unii Europejskiej, należy domniemywać, iż duże kraje członkowskie będące największymi płatnikami netto będą mniej skłonne wykładać „ze swojej kieszeni” na rzecz rozwoju biedniejszych, peryferyjnych krajów Unii. Tym samym zmniejszeniu ulegnie pula środków skierowanych na tworzenie funduszy unijnych.

Rozwiązaniem dla inwestycji publicznych w obliczu niemożności pozyskania w tak łatwy sposób jak dotychczas dofinansowania ze środków Unii, stać się może a wręcz powinno Partnerstwo Publiczno – Prywatne. Jest to forma realizowania inwestycji bardzo popularna w wielu krajach Europy Zachodniej, jednak w wciąż słabo rozwinięta w Polsce. Głównym założeniem PPP jest współuczestnictwo sektora prywatnego w realizacji przedsięwzięć publicznych. Nie będę poruszał tutaj aspektów prawnych dotyczący współpracy pomiędzy wymienionymi podmiotami. Powołana spółka celowa (tzw. SPV – Special Purpose Vehicle) oparta może być np. na najpopularniejszej umowie BOT, czyli Build – Operate Transfer.

Niepopularność współpracy na bazie Partnerstwa Publiczno – Prywatnego ma z pewnością wiele przyczyn. Wskazać tutaj należny chociażby na słabą świadomość korzyści i kosztów PPP, zarówno sektora publicznego jak i prywatnego. Brak jest instytucji koordynujących współpracę pomiędzy poruszanymi podmiotami. Należałoby na poziomie regionalnym stworzyć twór łączący w sobie cechy instytucji wspierających rozwój przedsiębiorczości (np. PARP) z instytucjami mającymi kontrolę i znającymi strukturę finansów samorządów (czyli np. Regionalne Izby Obrachunkowe). Owe instytucje posiadałyby szeroką wiedzę na temat realizowanych projektów PPP, jak i koordynowałyby i umożliwiały współprace pomiędzy podmiotami zainteresowanymi PPP. Oczywiście regulacja prawna powołująca do życia instytucje koordynującą nie jest lekiem na całe zło. Rozwojowi Partnerstwa Publiczno – Prywatnego przeszkadza szereg innych czynników. Chociażby niechęć do brania na siebie zbyt dużego poziomu ryzyka przez podmioty prywatne czy też niepewność powodowana zmianami w władzach samorządowych po każdych wyborach. Rozwijaniu omawianej formy współpracy nie sprzyja również lęk samorządowców, którzy współpracę z sektorem prywatnym postrzegają często jako taką, która rodzić może wszelkiego rodzaju napięcia i podejrzenia korupcyjne.

Z pewnością w swoim artykule nie wyczerpałem problematyki zjawiska PPP. Nawet nie miałem takiego zamiaru, gdyż jest to tak rozległe zagadnienie na bazie, którego można swobodnie pisać pracę doktorską. Jednak mam nadzieję, że w naszej gospodarce rozgorzeje niedługo dyskusja odnoście współpracy dwóch sektorów, samorządowego i prywatnego. Mam też nadzieję, że zostaną powołane do życia niedługo instytucje działające na poziomie regionalnym, które umożliwią wykorzystanie potencjału drzemiącego w wielu gminach.



2010-09-09 11:09
 Oceń wpis
   

 

Okres względnej stabilizacji w światowej gospodarce oraz uspokojenie pokryzysowej sytuacji na rynkach kapitałowych sprzyjają zjawisku wydawania przez domy maklerskie coraz większej ilości rekomendacji oceniających działalności konkretnego podmiotu notowanego na rynku papierów wartościowych. Głównym parametrem tejże rekomendacji branym pod uwagę przez mniej doświadczonych inwestorów giełdowych jest cena docelowa. Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych w drugim numerze tegorocznego kwartalnika „Akcjonariusz” przedstawiło kilka mankamentów dotyczących wydawania rekomendacji, a w zasadzie metody stosowanej do wyceniania spółki giełdowej. Mowa tu o metodzie Discounted Cash Flow, zwanej dalej DCF.

Tym co skłoniło mnie do poruszenia tego zagadnienia w kolejnym swoim wpisie jest fakt, iż mało wspomina się w mediach ekonomicznych o sensie stosowania tej metody wyceny podmiotu giełdowego. Dlatego jako członek SII postanowiłem ukazać kilka wad tej metody i przekazać część akademickiej wiedzy, która może w skuteczny sposób odmienić pogląd na tak powszechna metodę wyceny. Mówiąc o DCF należy wskazać, iż metoda ta opiera się na zastosowaniu modelu zmiany wartości kapitału w czasie. Dyskontowanie przyszłych przepływów kapitałowych na moment zerowy umożliwia stwierdzenie ile przyszłe strumienie pieniądza są dla nas warte w chwili obecnej. Głównym założeniem jest podzielenie przepływów pieniężnych na te, które występują w okresie prognozy i te po okresie prognostycznym, służące do określenia tzw. wartości rezydualnej. Stąd w metodzie DCF występuje szereg trudności mogących zniekształcić obraz potencjalnej wyceny.

W celu dokonania wyceny należy w pierwszej kolejności określić wielkość przepływów pieniężnych w poszczególnych okresach objętych analizą. Jest to jeden z kluczowych momentów wyceny. Analityk wyceniający dana spółkę musi w skuteczny sposób oszacować wielkość przychodów z działalności operacyjnej, inwestycyjnej i finansowej, następnie przeciwstawić tym przychodom koszty na poszczególnej działalności. Zgodnie z metodyka analizy rachunku zysków i strat uwzględnić należy wszelkie wydarzenia jednorazowe, obowiązkowe obciążenia wyniku finansowego i podatek dochodowy. Następnie otrzymany zysk netto należy powiększyć o amortyzację. Jak widać kalkulacja przepływów pieniężnych wymaga prognozowania wielu zmiennych zależnych jak nie niezależnych od działalności podmiotu gospodarczego. Przyjęte na tym etapie założenia determinują dalszą zasadność przeprowadzanej wyceny. Jest to moment w którym, olbrzymią rolę odgrywa doświadczenie i obiektywizm sporządzającego wycenę.

W celu właściwego przeprowadzenia wyceny spółki, kluczowym jest dobór adekwatnej stopy procentowej stosowanej do dyskonta przepływów pieniężnych. Jest wiele metod ustalania właściwej stopy dyskonta stosowanej w analizie finansowej np. metoda przychodowa, kosztowa czy oparta na modelu wyceny aktywów kapitałowych (CAMP). Również ten etap wyceny cechuje się dużą dozą subiektywności. Właściwy dobór stopy procentowej branej do dyskonta decyduje o ostatecznej wysokości wyceny; jej właściwe określenie jest jedną z najtrudniejszych rzeczy w tejże metodzie.

Jak wspomniano wcześniej metoda DCF składa się z okresu analizy objętego prognozą i wartości rezydualnej. Właściwy horyzont czasowy wyceny jest zasadniczym czynnikiem decydującym o przydatności praktycznej tej wyceny. Należy nadmienić, że w przypadku wielu wycen horyzont czasowy obejmuje najbliższe dziesięć lat działalności podmiotu. Ze względu na trudności związane z występowaniem znacznej dozy czynnika niepewności gospodarczej, przydatność wyceny obejmującej ten okres czasowy jest niewielka i bardzo często mija się z rzeczywistą wyceną rynkową. Właściwym wydaje się branie do wyceny okresu trzy lub góra pięcioletniego. Stąd każdy inwestor biorący pod uwagę w swoich inwestycjach rekomendacje wydaną przez konkretną instytucje finansową, powinien koniecznie zapoznać się z ramami czasowymi wyceny. Również przyjęcie złożenia, że ostateczna cena akcji podmiotu gospodarczego zależna jest od wartości rezydualnej, wprowadza do zasadności tej metody duży element nie doszacowania lub przeszacowania. Spowodowane jest to tym, iż do obliczania wartości rezydualnej stosuje się najczęściej wielkość przepływów finansowych z ostatniego roku prognozy. To zaś implikuje wystąpienie szeregu mankamentów metodologicznych opisywanych wcześniej.

Największa ilość „nietrafionych” wycen pojawia się w momencie zmiany cyklu koniunkturalnego. Przyczyna tego jest oczywista. Prognoza finansowa opiera się na danych historycznych, a niewielu analityków jest na tyle dobrych, żeby skutecznie antycypować wpływy przyszłych wydarzeń gospodarczych na kondycję finansowa spółki. Obserwacja trafności rekomendacji, może okazać się skuteczną strategią do przewidywania nadejścia hossy lub bessy na rynkach finansowych. Strategia takiego inwestowania nosi nazwę strategii kontr-ariańskiej.

Dokonując oceny metody DCF należy wspomnieć, że jak na razie jest to najskuteczniejsza metoda do wyceniania podmiotów gospodarczych. Jej mankamenty w znacznym stopniu niwelować może doświadczenie analityka sporządzającego rekomendację. Dla mnie osobiście rekomendacje są dobrym źródłem czerpania wiedzy na temat bieżących jak i przyszłych czynników mających wpływ na wydarzenia zachodzące w konkretnej spółce. Jednak zakładany w analizie domu maklerskiego ciąg wydarzeń mających wpływa na działalność podmiotu poddaje własnemu przemyśleniu i to również zalecam każdemu inwestorowi. Bo jak wiadomo, zyski drzemią tam gdzie do tej pory niewielu się zapuszczało.

Mam nadzieję, że powyższy artykuł skłoni chociaż kilku początkujących inwestorów do głębszego zapoznania się z metodologią DCF (bo warto to uczynić). Jednocześnie nadmieniam, że członkostwo w Stowarzyszeniu Inwestorów Indywidualnych, daje systematyczną możliwość zapoznawania się z poradami praktyków, którzy odkrywają wiele zawiłości i niejasności z życia rynków finansowych.



2010-07-30 17:46
 Oceń wpis
   

 

Kolejny raz potwierdziła się zasada, że świat polityki i ekonomi to dwa odmienne byty. Ten drugi jest rzeczowy i pełen profesjonalizmu. W świecie polityki nadal dominuje krótkowzroczne dążenie do zaspokajania głównego celu jakim jest zdobywanie nowego i utrzymywanie starego elektoratu. Cel ten jest realizowany za wszelka cenę, nawet kosztem stagnacji działań reformujących w dziedzinie finansów publicznych.

W tym artykule nie krytykuje w żadnym wypadku konkretnej opcji politycznej. Wskazuje tylko i wyłącznie na cięgle popełniane te same błędy w dziedzinie zarządzania państwem, które stały się wizytówką wszystkich partii od początku obalenia „żelaznej kurtyny”. Zbliżające się wybory samorządowe a po nich parlamentarne działają jak hamulec stopujący wszelkie racjonalne działania. Nie można nazwać mianem reform program zaprezentowany dzisiaj przez Radę Ministrów. Odmawiam mu takiego nazewnictwa. Nie usłyszeliśmy żadnych informacji, które rzuciły by światełko nadziei, które pozwoliłyby wierzyć, że uchronienie rodzimych finansów publicznych przed greckim czy łotewskim scenariuszem jest możliwe.

Działania w sferze dochodowej, to najgorsze podejście jakie można w obecnej chwili podjąć. Problemem finansowym Polski nie jest chwilowe zachwianie tego systemy. Kłopot tkwi w strukturze wydatków i efektywnym zarządzaniu częściami budżetowymi. Konieczność zreformowania strony wydatkowej, to zwrot powtarzany przez ekonomistów niczym mantra. Nie warto wymieniać tego co wymaga zmian. Każdy zainteresowany tematyką doskonale to wie. W sytuacji kolejnych lat poświęcanych przez ekipy rządzące na „polityczkowanie” należy zacząć poważnie martwić się o rozwój zdarzeń w obszarze finansów narodowych.

Wyraźnie brakuje od wielu lat w Polsce odwagi do radykalnych działań, które raz na zawsze podcięłyby strukturalnym przeszkodom ich „betonowe nogi”. Obawiam się, że status quo wynika nie tylko z winy kolejnych ekip rządzących, ale również z winy bardzo podatnych na populistyczne odezwy mas ludności. Mas, które zainteresowane są budową państwa opiekuńczego. Świadome rezygnowanie z „kapitalnego remontu” krajowych finansów nieuchronnie pociągnie za sobą bardzo bolesne konsekwencje, o których wielu w naszym kraju nawet nie ma pojęcia. Ale przecież to już będzie problem innej partii rządzącej...!!!



2010-06-12 09:59
 Oceń wpis
   

 

Wzrost i rozwój gospodarczy dokonujący się w Polsce od czasu obalenia „jedynie słusznego” ustroju implikuje konieczność dokonania redefinicji pojęcia polityka społeczna. Zmiana rozumienia znaczenia instrumentów i działań mających, mówiąc w dużym uproszczeniu zapewnić społeczeństwu właściwe warunki bytowania jest kwestią fundamentalną, warunkiem bez którego niemożliwe jest wejście na ścieżkę rozwoju umożliwiającą zbliżenie się potencjałem gospodarczym do państw rozwiniętych.

Przejęcie z gospodarki nakazowo – rozdzielczej opartej na socjalistycznym modelu polityki społecznej do zbudowania dostrzeganego w wielu dziedzinach życia państwa opiekuńczego, rozminęło się z oczekiwaniami grona ekonomistów, kapitalistów i reformatorów. Krytycznym odzwierciedleniem tego procesu jest udział wydatków sztywnych w budżecie państwa. Jest to jednak tylko i wyłącznie wymiar finansowy. Realizacja postulatów polityki społecznej, budowanej na podłożu populistycznych dążeń ekip rządzących, zakorzeniła pewien schemat myślenia nie tylko w osobach odpowiedzialnych za jej wdrażanie. Ów schemat stał się paradygmatem zapewnienia bezpieczeństwa socjalnego wielu osób. Mamy do czynienia wręcz z dziedziczeniem postaw anty – kreatywnych, anty – efektywnościowych. Wzorzec roszczeniowy dominuje w wielu mniejszych bądź większych społecznościach. Jest to bezsprzecznie konsekwencją „ogłupiającej” działalności partii politycznych zwłaszcza w czasach kampanii wyborczych. Jest to również konsekwencją niemożności przystosowania się wielu jednostek do nowego systemu gospodarczego i wynikająca z tego tęsknota za „starymi dobrymi czasami”. Jest to także efekt braku właściwej edukacji gospodarcze na poziomie podstawowym jaki i ustawicznym.

Poruszając problem edukacji należy wskazać na wiele problemów dzisiejszego systemu nauczania. Niedostosowania szkół i ich programu do współczesnych potrzeb rynku pracy stały się zjawiskiem powszednim. Najbardziej uderzający jest jednak problem kształcenia w zakresie przedmiotów ścisłych. Matematyka na egzaminie maturalnym w stopniu podstawowym sprowadzona została do poziomu urągającemu niejednemu ambitnemu abiturientowi. Rodzi to problemy w pozyskaniu nowych kandydatów na studia o kierunkach technicznych. Z punktu widzenia tworzenia gospodarki opartej na wiedzy jest to sprawa wymagająca więcej niż tylko interwencji w postaci wprowadzenia tzw. kierunków zamawianych. Budowanie gospodarki innowacyjnej, gospodarki tworzącej zasoby wiedzy, gospodarki „skoku technologicznego” wymaga dostosowań programów nauczania, które wypuszczać będą myślących, kreatywnych i właściwie wykształconych specjalistów.

Podsumowując te krótkie i bardzo uproszczone rozważania, wskazać pragnę na role edukacji we współczesnej Polsce. Społeczeństwo wykształcone to społeczeństwo świadome, a właśnie świadomości brakuje nam najbardziej! Świadomości, która umożliwi wyznaczenie i zrozumienie właściwych kierunków rozwoju gospodarczego, opartego na innowacyjności i większej wydajności, bez nadmiernej presji na budowanie welfare state.

 



2010-05-12 11:36
 Oceń wpis
   

 

Optymalne funkcjonowanie obszaru walutowego powinno się opierać na zachowaniu ekonomicznej równowagi zewnętrznej i wewnętrznej. Kluczową rolę przypisuję się działaniu m. in. takich czynników jak : mobilności siły roboczej i kapitału, otwartości gospodarki czy wreszcie sprawnemu działaniu polityki fiskalnej. W przypadku braku możliwości stabilizującego wpływu kursu walutowego, właśnie skutecznie przeprowadzane transfery środków pieniężnych do regionów dotkniętych tak zwanym szokiem asymetrycznym, mają na celu przywracanie równowagi we wspólnym obszarze walutowym.
Odnosząc faktyczny poziom równowagi ekonomicznej jaki panuje w Unii Gospodarczo – Walutowej do teorii optymalnych obszarów walutowych, trudno jest skonstatować, iż integracja monetarna w Europie została osiągnięta w stopniu optymalnym. Pozytywny wpływ migracji siły roboczej, zwłaszcza w krajach „starej Unii” jest znikomy, zaś finanse publiczne w kilku krajach, stoją na skraju przepaści.
Tak wysokie poziomy wskaźników zadłużenia publicznego nie są dziełem przypadków i nie powstają w jednym roku budżetowym. Nasuwa się pytanie na czym, w mniemaniu Komisji Europejskiej polega spełnienie kryteriów konwergencji danego kraju z obszarem UGW i na czym polega czuwanie KE nad stabilizacją finansów publicznych? To, że kryteria konwergencji są postrzegane przez pryzmat „wciągnięcia brzucha” i prześlizgnięcia się przez nominalne wymogi, oczywiste jest od dawna. Górę nad ekonomicznym celem Unii Walutowej, wziął cel polityczny zmierzający do udowodnienia światu, że Europa potrafi wreszcie po wielu latach starań mieć wspólną walutę. Uchwalenie „Paktu o stabilizacji i wzroście”, który miał być narzędziem wywierania wpływu organów wykonawczych UE na kraje członkowskie, w aspekcie stabilizacji finansów publicznych, było celem samym w sobie. Zaś egzekwowanie jego postanowień to czysta fikcja.
Przyszłość funkcjonowania UGW opierać się będzie na niwelowaniu rozdmuchanych długów publicznych państw takich jak: Grecja czy Portugalia kosztem powiększania długów państw założycielskich. Leczenie finansów jednych będzie oznaczało chorobę finansów pozostałych. Proces podnoszenia podatków i cięcia wydatków stanie się czymś oczywistym. Pojawienie się do tego efektów wypychania, znacznie obniży tempo wzrostu europejskiej gospodarki. Uwzględniając niską wydajność gospodarek UE, oraz niewielkie nakłady na B+R, UE stanie się molochem o niskim tempie wzrostu, daleko pozostając w tyle za USA i Chinami.
Należy w tym wypadku zredefiniować znaczenie słowa konwergencja i kryteriów z jakimi się ono wiąże. Konwergencja nominalna nie powinna być postrzegana przez pryzmat kilku referencyjnych wskaźników. Sensowniejszym rozwiązaniem wydaje się być ocena wejścia gospodarki dowolnego kraju do UGW w oparciu o analizę strukturalną finansów publicznych, nie tylko przy użyciu rachunku ex post, ale przede wszystkim przy użyciu rachunku ex ante. Takie same rachunki powinny dotyczyć także kryteriów nominalnych.
Brak sprawnie działających transferów finansów publicznych, sprzyjać będzie powstawaniu szoków asymetrycznych. Do póki nie osiągniemy wysokiego stopnia realnej konwergencji, możemy zapomnieć o optymalności obszaru UGW.
Po raz wtóry powtórzę również jak mantrę zdanie : Konwergencja realna nad nominalną !!!!!


2010-04-09 19:57
 Oceń wpis
   

 

W dzisiejszym dniu mieliśmy okazję obserwować, pierwszą interwencję walutową Narodowego Banku Polskiego od momentu upłynnienia kursu polskiej złotówki. Wzbudziło to wielką sensację w świecie ekonomii i bardzo dobrze, że takowe zaskoczenie miało miejsce. Z założenia interwencje walutowe, niezależnie od tego czy w wykonaniu banku centralnego czy rządu konkretnego państwa, powinny być ściśle okryte tajemnicą. Ma to na celu ograniczenie działań spekulantów grających na Forexie.
Jedna niewielkie moje zastrzeżenia budzi dzisiejsze zachowanie Ministerstwa Finansów, które w wyraźny sposób dało do zrozumienia, że MF i NBP są zgodne i możliwe jest w niedalekiej przyszłości interweniowanie na rynku walutowym w celu osłabienia polskiej złotówki. Co najmniej dziwne wydaje się podawanie takiej informacji w momencie dokonywania przez polski bank centralny sprzedaży narodowej waluty. Zwłaszcza w chwili kiedy powstają wyraźnie napięcia na linii rząd NBP. Mnie osobiście taka zgodność obydwu stron i nagły komunikat MF skłoniły do przemyślenia i przyniosły mi na myśl wniosek a być może przeczucie, że taka interwencja jest więcej niż bliska. Jednak pragnę podkreślić, ze to było tylko i wyłącznie moje odczucie, a owy komunikat przez każdego mógł być odebrany inaczej. Pragnę tylko podkreślić, że dziwne jest podawanie takich informacji w chwili interwencji walutowej.
Analizując moment w jakim NBP zdecydował się na interwencję walutową, wielu analityków mówi, iż jest to właściwa chwila. Oczywiście osłabienie złotówki o 5 groszy wobec euro miało charakter zakomunikowania rynkom, że regulator czuwa nad sytuacją, właściwie prowadzi politykę kursową i nie pozwoli na dalsza aprecjację złotego. Jednak w tym momencie przychodzi mi na myśl, pytanie o skuteczność działania takowych interwencji walutowych. Biorąc pod uwagę ograniczoną wielkość rezerw walutowych jakie posiadają banki centralne (zwłaszcza Narodowy Bank Polski nie posiada ich ogromnej ilości) i porównując to z wielkością światowego rynku Forex, którego obroty sięgają setek bilionów dolarów, potencjalna skuteczność wpływania przez NBP na kształtowanie się kursu złotówki wydaje się w dłuższej perspektywie niemożliwa. Jest to nie tylko założenie teoretyczne, ale również potwierdzone empirycznie. Należy w tym momencie przytoczyć na przykład Wielką Brytanie i jej wyjście z „węża walutowego” Europejskiego Systemu Walutowego na początku lat 90. XX wieku, po tym jak angielski bank centralny w stanie utrzymać kurs funta w wyznaczonym przedziale wokół parytetu centralnego.
Jak podkreślają praktycy życia gospodarczego gospodarka polska ma solidne fundamenty i aktualny kurs złotówki względem euro ulegnie dalszej aprecjacji. Ja przypomnę jednak, że nad Polską wisi nadal groźba załamania niezreformowanych finansów publicznych. Taki „grecki syndrom” odwróciłby sytuacje na rynku walutowym o 180 stopni. Wobec powyższego próba okazywania sił NBP okazuje się najwłaściwszym rozwiązaniem, bo w przypadku tąpnięcia na parach walutowych spowodowanego atakami spekulacyjnymi bank centralny i tak skazany będzie na porażkę.


2010-04-07 14:43
 Oceń wpis
   

 

Kłótnie w życiu prywatnym i publicznym niczemu nie służą, zwłaszcza te na gruncie, na którym stykają się dwie często odmienne dziedziny nauki jakimi są ekonomia i polityka. Jako Polacy jesteśmy ewenementem na skalę Europejską, w pejoratywnym tego słowa znaczeniu. Otóż niezależność banku centralnego nabrała odmiennego wyrazu niż to miało dotychczas. W NBP ścierają się dwa przeciwstawne obozy polityczne. Obszar polityki monetarnej stał się doskonałą areną do okazania sił politycznych, zarówno ze strony koalicji rządzącej jak i opozycji. Tak naprawdę coraz mniejsze znaczenie odgrywać zaczyna rola podziału zysku NBP a ściślej mówiąc sposobu obliczania wyniku finansowego. Myślę, że zagłębianie w to kto w tej sytuacji ma rację nie ma większego znaczenia. Bój toczy się o pieniądze, które w skali budżetu stanowią niewielką kwotę (jednak decydującą przy obecnej wielkości deficycie sektora finansów publicznych). Górę wzięły poglądy polityczne, a to już jest sytuacja niepożądana i kuriozalna, która w długiej perspektywie może obniżyć wiarygodność polskiej gospodarki.
Na forum ogólnopolskim podnoszone są głosy mówiące, iż w długim terminie implikować to będzie wzrost premii za ryzyko a tym samym wzrost rentowności polskich obligacji i ograniczenie popytu na nie (póki co kolejne emisje obligacji cieszą się bardzo dużym popytem). Ja osobiście pragnę zwrócić na kwestię uczestnictwa Polski w mechanizmie ERMII. Przystąpienie do tego mechanizmu wymaga ustabilizowania sytuacji gospodarczej przez właściwe zsynchronizowanie polityk fiskalnej i monetarnej (policy mix). Nie wyobrażam sobie aktualnie możliwości prowadzenia właściwej polityki kursowej, przy tak znacznym stopniu niepewności jaki panuje wewnątrz NBP, gdzie dostrzegalny jest nie tylko wyraźny konflikt pomiędzy RPP a zarządem NBP, ale powiększa się „różnica poglądów” w samej Radzie Polityki Pieniężnej.
Abstrahując od rozważań stricte ekonomicznych odwołam się do akademickich dogmatów. Jednym z nich wygłaszanym przez naszych wykładowców jest konieczność i niepodważalność autonomii banku centralnego. Autonomie należy rozumieć jako odpolitycznienie. Ci sami wykładowcy opuszczając sale wykładowe, powodują zamieszanie i konsternacje obserwatorów po przez swoje działania, które mają wpływ na rynki ekonomiczne. Rozmowy toczą na forum publiczny zamiast w zaciszach salonów. I gdzie tu logika...??
 
1 | 2 |